| Mirosław Sochański przyszedł na świat w Niedzielę Wielkanocną 21 kwietnia 1957 r. w Warszawie. Brat ojca Kazimierz, walczył i zginął w słynnym batalionie szturmowym Szarych Szeregów "Parasol". Ojciec Jan inżynier budowlany, po wojnie odbudowywał Polskę, a później przez wiele lat był pracownikiem naukowym Politechniki Warszawskiej, matka Teresa prowadziła dom. Mimo, że rodzina miała tradycje lekarskie - lekarzami byli cioteczna babcia, ciotka i kuzyni ojca - nigdy nie rozważał medycyny jako przedmiotu swych studiów. Ponieważ grał w AZS-AWF-ie w koszykówkę, i to z nadziejami na kadrę, zawsze chciał kończyć AWF. Los sprawił jednak, że w czwartej klasie liceum skręcił nogę w kolanie i kariera sportowa musiała pójść w odstawkę. Po przeanalizowaniu swych możliwości naukowych (jako uczeń klasy matematyczno-fizycznej chemię i fizykę znał bardzo dobrze, a "biologię można było wkuć") doszedł do wniosku, że najlepszą alternatywą będzie medycyna. I w taki sposób został studentem Akademii Medycznej w Warszawie. - Dlaczego zdecydowałeś się na wyjazd z Polski? - Wyjechałem z czystej ciekawości zawodowej. Jeszcze w czasie studiów odbywałem praktykę w Connecticut. Już wtedy Stany, ze względu na stopień zaawansowania medycyny, wydawały mi się być najlepszym miejscem do zgłębiania wiedzy w tej dziedzinie. Pod koniec studiów zdałem egzaminy nostryfikacyjne, a na wyjazd zdecydowałem się zaraz po odbyciu stażu, w marcu 1984 r. Moja droga do Stanów wiodła przez Włochy. - Czyli twoja przygoda z sercem zaczęła się tak naprawdę dopiero w Ameryce? - Tak, zanim dane było mi na dobre zająć się problematyką układu krążenia, musiałem odbyć rezydenturę z interny. Tę zaliczyłem w szpitalu Waterbury w Connecticut, stowarzyszonym z Yale School of Medicine. W trakcie jej trwania poznałem wspaniałych kardiologów takich jak - dr Bary Zaret i dr Frans Wacker - ojców kardiologii nuklearnej i dr Larry Cohena, jednego z pierwszych kardiologów interwencyjnych - którzy z pewnością wywarli duży wpływ na mój dalszy wybór. Gdy złożyłem podanie o specjalizacje - na tym etapie kwalifikacja dokonywana jest na zasadzie konkursu świadectw - dr Cohen zarekomendował mnie do University of Chicago. Gdy los przypisał mi te posadę bardzo się ucieszyłem. Wszak była to wtedy siódma szkoła medyczna w Stanach, której program oferował sporo teorii i badań, a nie tylko tzw. usługówkę. Na miejscu miałem okazję współpracować m.in. z dr Glagovem, który opisał zachowanie się tętnic przy zmianach miażdżycowych oraz dr Harry Fozzardem, kardiologiem molekularnym. Sam prowadziłem kilka ciekawych badań. Jedno, dotyczące elastyczności naczyń obwodowych, polegało na monitorowaniu przepływów krwi w różnych warunkach hemodynmicznych u osób o różnym stopniu rozwoju arteriosklerozy. Inne obejmowało badanie zmian zastawkowych wstenozie aortalnej i ich wpływie na mięsień sercowy. Z tychże badań narodziło się parę publikacji, które ukazały się w American Journal of Cardiology. Wtedy też zafascynowałem się kardiologią interwencyjną, jako tą dziedziną, która daje możliwość interwencji bez operacji. Dostrzegłem w niej przyszłość kardiologii. - Choroby serca zajmują pierwsze miejsce na liście przyczyn zgonów. Dlaczego tak jest? Czyżby serce było aż tak delikatnym narządem? - Problem z sercem polega na tym, że jest to jedyny organ. Zmiany miażdżycowe jakie w nim występują są wynikiem uogólnionej choroby naczyń, tyle że w samym sercu naczynia są bardzo delikatne. Nasze życie zależy od tego czy naczynia te pozostają otwarte. Jeśli jedno z nich zatka się w sposób nagły i nie ma kompensacji z drugiej strony, czyli tak zwanego krążenia obocznego, wtedy dochodzi do obumarcia mięśnia sercowego. Występuje zawał serca. Jeśli dojdzie do zamknięcia naczynia w miejscu strategicznym, na samym początku tętnicy odchodzącej od aorty do serca, to wtedy ten zawał jest na tyle duży, że może spowodować zaburzenia elektryczne rytmu serca, a w ich rezultacie nagłą śmierć. W sercu osoby, która przeżyje zawał, pozostaje blizna, która z kolei sama może powodować zaburzenia elektryczne. Serce, tak jak mozg, nie regeneruje się w pełni. - Główną przyczyną śmierci jest arterioskleroza, ale na nią trzeba sobie zapracować. Jak zatem wytłumaczyć nagłą śmierć, spowodowaną niewydolnością układu krążenia, u osób, które nie mają ani miażdżycy ani podwyższonych czynników ryzyka? - Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nagła śmierć jest często pierwszą prezentacją choroby wieńcowej. Złogi cholesterolowe rozwijają się w dwojaki sposób; rosną stopniowo i zarastają tętnice albo rosną do pewnego momentu i pękają w danej sytuacji. W chwili pęknięcia złogu organizm, który nie rozróżnia czy rana występuje na zewnątrz czy też wewnątrz ciała, wysyła przeciwkrzepliwe elementy krwi, by tę ranę zasklepić. Powstaje zator, naczynie ulega zamknięciu, dochodzi do obumarcia mięśnia sercowego, w następstwie do zaburzenia rytmu serca, migotania komór i zgonu. - Przypadek opisany wyżej dotyczy osób, powiedzmy z przedziału 30-40 lat. Ale przecież np. 14-latek, który gra w koszykówkę czy tenisa w drużynie szkolnej, raczej złogów cholesterolowych nie ma, a jednak słyszy się o nagłych zgonach tak młodych ludzi... - Nagła śmierć w takim przypadku spowodowana jest czymś innym. Istnieje choroba genetyczna, w której dochodzi do dużego przerostu części przegrody międzykomorowej. I w takim przypadku pod wpływem wysiłku fizycznego, odwodnienia, może dojść do sytuacji, gdy serce jak gdyby zatyka się samo w sobie, gdyż nie jest w stanie zrelaksować się na tyle, by pobrać wystarczającą ilość krwi z płuc. I to powoduje też nagłą śmierć z powodu zaburzeń rytmu. Są to jednak przypadki stosunkowo rzadkie. - A gdy nie ma uwarunkowań genetycznych? - Niespodziewana śmierć u młodych ludzi często jest spowodowana też braniem różnego rodzaju narkotyków. W takich przypadkach dochodzi do przegrzania organizmu, jak np. pod wpływem ecstasy albo maksymalnego przyspieszenia rytmu serca, które może prowadzić do rozległego zawału i śmierci. - Ogólnie wiemy co sercu szkodzi - palenie papierosów, nadciśnienie tętnicze, hipercholesterolemia, cukrzyca, nadwaga, brak aktywności fizycznej. Czy sercu szkodzą emocje? - I tak i nie, a pewno zależy to od rodzaju i natężenia emocji. Przy każdych silnych emocjach dochodzi do zwiększonego wydzielania tzw. hormonów walki (typu adrenalina), które powodują, że w sercu wzrasta zapotrzebowanie na tlen. Jeśli to zapotrzebowanie jest większe od ilości dostarczonej sercu z krwią, to serce, nawet ze zdrowymi tętnicami, zaczyna boleć. Nie jest to zjawisko szkodliwe, pod warunkiem, że nie przeradza się w proces chroniczny. Kiedyś przeprowadzono ciekawe badania na lotnikach amerykańskich, którzy zostali zestrzeleni w Wietnamie. Sekcje pokazały, że wszyscy oni przechodzili drobne mikrozawały mięśnia sercowego. Powodowała je adrenalina, wydzielana w ich przypadku w dużych ilościach w warunkach maksymalnego stresu. - Następna kwestia to pić czy nie pić? Czy alkohol może pozytywnie oddziaływać na serce? - Alkohol jako taki, w każdej ilości, jest toksyczny na mięsień sercowy, gdyż zmniejsza siłę skurczu tego mięśnia. I nie ma tu znaczenia jego rodzaj; czy jest to czerwone wino czy czysta wódka, działanie pozostaje to samo. Wiadomo, że po wypiciu dwóch drinków ciśnienie krwi nie ulega zmianie albo nieznacznie się obniża, gdyż dochodzi do zniesienia stresu. Każda ilość powyżej dwóch drinków powoduje podniesienie ciśnienia krwi czyli zjawisko niekorzystne. Ostatnie badanie pokazało, że u osób, które w wyniku picia mają kaca, pozytywny efekt alkoholu jest większy. A to dlatego, że alkohol u takich osób jest metabolizowany wolniej i w związku z tym dłużej oddziaływuje on na tętnice wieńcowe. Osobiście uważam, że pić można umiarkowanie, ale nie tyle, by osłabiało to trzeźwą ocenę świata. - W jakim kierunku idą badania naukowe w twojej dziedzinie? - Interwencyjna kardiologia polega, ogólnie rzecz biorąc, na rozszerzaniu różnymi sposobami naczyń wieńcowych, które zostały zatkane z powodu procesu arteriosklerozy. Na dzień dzisiejszy umiemy rozszerzyć naczynia "na ostro", czyli przy zawale serca, umiemy też otwierać takie, które zamykają się stopniowo. Kwestią pozostaje to, by po założeniu stentów - metalowych rusztowań wewnątrz tętnic, naczynie pozostawało otwarte. Odpowiedź organizmu jest uwarunkowana genetycznie; u jednych pięknie zabliźnione naczynie pozostaje otwarte, u innych tworzy się tzw. keliod czyli przerost blizny i naczynie zarasta. Aktualnie istnieją dwie metody zapobiegania temu niekorzystnemu zjawisku. Pierwsza, dosyć agresywna, polega na napromieniowaniu naczynia, w którym był założony stent. Do organizmu zostają wprowadzone ziarna izotopu. W zależności od rodzaju promieniowania (albo beta, które mniej penetruje, albo silniejsze gamma) ekspozycja trwa od 3 do 20 minut. Dawki promieniowanie są stosunkowo duże, około 12 greyów, i tak naprawdę nie wiemy jaki efekt na organizm taka dawka dostarczona teraz, będzie miała powiedzmy za 20 lat. Druga metoda, w zasadzie opracowana, nie jest jeszcze osiągalna klinicznie w Stanach. Polega na wprowadzeniu do zawężonego naczynia stentów pokrytych lekiem zapobiegającym przerostowi blizny. Zupełnie nowatorskim rozwiązaniem były próby wprowadzenia do serca genów, mogących spowodować produkcję dodatkowych tętniczek. Ale ze względu na stosunkowo niewielką kontrolę nad rezultatem takiego zabiegu, doświadczenia w tym kierunku zatrzymano. Podejmowane są próby wprowadzania do organizmu komórek macierzystych, ukierunkowanych na produkcję konkretnych miocytów w mięśniu sercowym. Idealnie by było, gdyby po przebytym zawale serca, w miejsce blizny, można było doprowadzić nowe miocyty, które potrafiłyby odtworzyć mięsień. Klinicznie, jest to jednak sprawa dalekiej przyszłości. - Czyli na dzień dzisiejszy najlepszym środkiem na arteriosklerozę pozostaje stentowanie lub angioplastyka? - Zawsze powtarzam swoim pacjentom, że najlepsza jest profilaktyka. Nabytej choroby wieńcowej nie można się pozbyć. Przy obecnych lekach można tylko spowolnić jej rozwój. Dlatego tak ważna jest kontrola czynników ryzyka na które mamy wpływ jak palenie papierosów, a raczej ich nie palenie, kontrola nadciśnienia, cholesterolu, cukrzycy, nadwagi żeby wymienić te najpowszechniejsze. Osiągnięcia naukowe: Profesorem w randze assistant professor w Szkole Medycznej na Uniwersytecie Loyola, poprzednio na University of Chicago, gdzie byl dyrektorem jednej z pracowni hemodynamicznej. Pełne członkostwo w American College of Cardiology i Society of Coronary and Angiography Intervention. Ma w dorobku liczne publikacje naukowe. Na zjeździe Europejskiego Stowarzyszenia Kardiologicznego w Berlinie w 2002 r. prezentował jedną z prac, która dotyczyła technicznych aspektów interwencji. Miał kilka prezentacji i wykładów w Polsce, niedawno odnowił prawo wykonywania zawodu lekarza w Polsce. Stara się konstruktywnie wspomagać kolegów kardiologów w regionie dolnośląskim. Rodzina: żona Hanna, córki: 17-letnia Marianna jest uczennicą 3. klasy liceum, świetnie jeździ na nartach, snowboardzie i konno oraz bardzo dobrze strzela z broni palnej, 11-letnia Ada jeździ na nartach, uczy się jazdy na desce, gra w tenisa i strzela. Sport: koszykówka, karate, narty, Hobby: kolekcjonuje broń, jeździ na motocyklu BMW, czyta książki historyczne, z przyjemnością chodzi po górach jak i do teatru, istnieje od 1988 roku w internecie |